Potężna ulewa towarzysząca burzy zegnała mnie (i grających) wczoraj z pola przerywając koszenie greenów na turniej. Do rozpoczęcia zawodów zostały dwie godziny, a trawa nie wyschła na tyle by móc kosić :/ Trzeba będzie zacisnąć zęby i spóbować przyciąć mokrą, bo inaczej turniej odbędzie się na kudłatych greenach…
Kolejny pracowity weekend za nami. Dwa turnieje (w sobotę czerwcowa edycja Olszewka Cup 2008 i w niedzielę zamknięty turniej First Pacific Golf Club z Torunia) i impreza na 50-60 osób ocierają się o maksimum tego co możemy wytrzymać, ale daliśmy radę.
Z przygotowaniem pola na turnieje było ciężko. Najpierw sypnęła się kosiarka do greenów, która dopiero co wróciła z naprawy. Okazało się, że fachowcy zapomnieli założyć dystansu przed zębatkę przenoszącą napęd na główną oś, przez co łańcuch szedł krzywo i poniszczył trochę. Na szczęście genialny pomysł z zastępczym dystansem w postaci kawałka plastikowej rury od nawadniania pozwolił na skoszenie greenów przed turniejem.
Jak sprzęt był na chodzie, to zepsuła się pogoda – koszeniu greenów towarzyszyła mżawka, „dzięki’ której trawa się kleiła do noża. Ale to jeszcze jakoś poszło. Znacznie gorzej było z fairwayami, które zmokły do tego stopnia, że nie dało się kosić, bo całe pokrywały się malowniczymi babolami pozlepianej mokrej trawy.
Liczyliśmy na to, że w sobotę rano, tuż przed startem, pole obeschnie na tyle, że da się skosić faiwaye, ale nie było nic lepiej. Ograniczyliśmy się do obkoszenia tee oraz 6-10 metrów dookoła każdego greenu.
Po naszym turnieju pole wyschło, ale nie miał kto kosić – musieliśmy przygotować imprezę dla gości nakielskiego starostwa powiatowego, dlatego drugi turniej odbył się też na nie najlepiej przygotowanym polu
Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka wpadka w tym sezonie.
Od ponad miesiąca nie padało i musiało się rozpadać akurat w dzień, gdy trzeba przygotować pole na jutrzejszy turniej. Ech…
Deszcz się baaardzo przyda, bo pole zrobiło się żółto-brązowe, deptana trawa brzmi jak chipsy, a nie dywan. Tylko dlaczego nie po skoszeniu? Ech, ech…

