Co słychać w trawie?

Oficjalny blog pola golfowego w Olszewce

05
26

Z prasowego archiwum cz. 4

Posted by Łukasz Horodecki

8. czerwca 2001 w „Gazecie w Bydgoszczy” – regionalnym dodatku „Gazety Wyborczej” jako reportaż tygodnia ukazał się tekst Bogusława Kunacha:

Sołtys wybrał golfa

Dla mojego ojca ziemia była święta. Nie pozwalał nawet, by na nasze pole wjeżdżały traktory, bo ją bezcześciły. Ciekawe co by powiedział na to pole golfowe – Telesfor Horodecki, rolnik spod Nakła uśmiecha się spod daszka bejsbolówki.
Idziemy środkiem gospodarstwa Horodeckich w Olszewce. Duży, schludny dom z eleganckim ogrodem, zadbane obejście, wszędzie dokoła solidne zabudowania gospodarskie. Jednak swojski klimat zmienia się nagle, gdy tylko wychodzimy za stodołę. Przed nami ciągnie się długi pas równiutko przystrzyżonej trawy, zieloną monotonię urozmaicają piaszczyste placki z zagłębieniami, rów z wodą i kilka chorągiewek. Wychodzimy na najprawdziwsze w świecie pole do gry w golfa.
- Moja matka, która w ciężkich czasach musiała sama prowadzić gospodarstwo, też na początku kręciła na to wszystko nosem – dodaje Horodecki, gdy przygotowujemy się do pierwszego uderzenia. – Dopiero gdy zobaczyła, ilu tu zjeżdża ludzi, przestała mówić, że jej syn stracił głowę. Uwierzyła, że to ma jakiś sens. A gdy uroczystego otwarcia dokonał wiceminister spraw zagranicznych Radek Sikorski i partyjkę rozegrał u nas Tadeusz Drozda, chyba jest nawet z tego wszystkiego dumna.

Owiec już tu nie ma

- Wszyscyśmy się tu w głowę pukali, gdy Tolek w końcu powiedział, co tam za stodołą urządza – mówi barczysty mężczyzna, który żelaznymi klinami próbuje rozłupać korzeń ściętego właśnie klonu przy domu Horodeckich. Drzewo uschło w zeszłym roku i trzeba było je usunąć. Teraz na jego miejscu będą parkować samochody gości pola golfowego. – Najpierw z owiec zrezygnował, teraz zmniejszył sobie uprawę pod rzepak. Myśleliśmy: same nieszczęścia sprowadza sobie na głowę, chłop przez tego golfa chyba oszalał.
Sąsiedzi dziwili się już, gdy Horodecki odbijał piłeczki między drzewami w sadzie przy domu. – Z początku trochę się z tym kryłem, bo nie chciałem szokować ludzi tym golfem, ale u nas takich rzeczy w tajemnicy długo się nie utrzyma – wspomina Horodecki. – A mnie ciągnęło do grania coraz bardziej z każdą relacją z zawodów na satelicie. W końcu powiedziałem sobie: przecież nie mam się czego wstydzić i wyszedłem ćwiczyć długie uderzenia na ściernisku.
Pierwszy raz zagrał na poważnie ze szwagrem z Bydgoszczy pięć lat temu. – Zadzwonił do mnie z wczasów nad morzem w Rewalu – opowiada. – Mówił zachwycony, że niedaleko w Łukęcinie jest świetne pole golfowe. Zabrałem żonę i pojechaliśmy tam na weekend. Gdy wszyscy szli na plażę, my ze szwagrem jechaliśmy na golfa. Poczułem się tam cudownie, choć szło mi bardzo kiepsko. Po roku wybraliśmy się tam znowu razem na dłużej. Myśleliśmy, że teraz nie będziemy grać już jak ostatnie nogi. Ale nic z tego, okazało się, że wszystko pozapominaliśmy i znowu byliśmy tak słabi jak na początku. Wtedy postanowiłem, że muszę u siebie w Olszewce urządzić swoje małe pole, żeby trenować w przyzwoitych warunkach.
Za stodołą gospodarstwa rozpoczyna się 20-hektarowe pole. Kiedyś pasły się tu owce, a dalej rósł rzepak. Dziś na dwóch hektarach rośnie krótko przystrzyżona trawa, specjalny wolno rosnący gatunek przeznaczony na pola golfowe. – Roboty z tym więcej niż normalnie w polu, bo dwa razy w tygodniu muszę ją przycinać – mówi gospodarz. – Niezbędna okazała się specjalna kosiarka samobieżna, do tego dołki, chorągiewki, ogrodzenie, instalacje wodna i elektryczna. To dość kosztowna zabawa, pochłonęła już co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. A do tego mnóstwo mojej i synów pracy. Niektórzy mówią: „o, Horodecki zwietrzył nowy interes”, ale na razie ciągle do tego wszystkiego dokładam.

Prawie się tu urodziłem

W Olszewce najważniejsza jest spółdzielnia rolnicza. Do niej należy większość tutejszej ziemi, tam pracuje najwięcej z sześciuset mieszkańców wsi.
- Jakoś sobie radzimy – mówi traktorzysta, który prowadzi ciągnik obok miejscowego sklepu. – Nie jest u nas jeszcze tak źle, żeby zwalniać ludzi, więc większości jakoś się żyje pomalutku. No może nie tak dobrze jak Horodeckim, ale zawsze lepiej niż tym, co poszli pracować do Nakła czy Bydgoszczy. Większość z nich jest dziś na bezrobociu, a niektórzy nawet bez zasiłku.
Gdy spółdzielnia powstawała w latach 40., tylko kilku miejscowych chłopów odmówiło akcesu i zachowało swoją ziemię. – Wśród nich był mój ojciec – opowiada Horodecki. – Nasza rodzina pochodzi spod Wilna i w 1939 pierwszy raz trafiliśmy pod władzę Związku Radzieckiego. Tam wtedy nikt nie pytał się o zdanie i od razu włączyli ziemię ojca do kołchozu. Dlatego gdy zaraz po wojnie przyjechaliśmy pod Nakło, ojciec wiedział, czym pachnie kolektywizacja. Choć ciągle najeżdżali nas aktywiści z miasta, straszyli go, on się nie ugiął i został na swoim. Cały czas wierzył, że kiedyś wróci pod Wilno na swoje, bo czuł, że ta nowa ziemia nie była jego, tylko jakiejś rodziny niemieckiej, która stąd uciekła, tak jak my stamtąd. Czuł się, jakby osiadł tu tylko na chwilę i za kogoś uprawiał nie swoją rolę.
Jednak stary niemiecki gospodarz ani jego dwie córki, nigdy się już tu nie pojawili, tak jak Horodeccy nigdy nie wrócili na Litwę. – Natomiast ja się już zadomowiłem w Olszewce, bo dla mnie to ziemia rodzinna. Jak się tu sprowadziliśmy, to miałem zaledwie dziewięć miesięcy – wspomina gospodarz. – Całe moje życie to ta wieś.
Horodecki to połączenie społecznika i człowieka interesu. Gdy w latach 60. wrócił z wojska, zorganizował we wsi drużynę piłkarską LKS Olszewka. Grał w niej dziesięć lat. Od 28 lat nieprzerwanie do dziś wygrywa kolejne wybory na sołtysa. W 1980 r. zaangażował się w „Solidarność” Rolników Indywidualnych, brał udział w słynnym bydgoskim strajku, po którym komuniści zarejestrowali związek. Był wtedy zastępcą Romana Bartoszcze, charyzmatycznego przywódcy chłopów. – Moja wieś i okolice, to typowy elektorat lewicowy, mało tu było wtedy zwolenników „Solidarności”, więc nieraz ostro się kłóciliśmy z sąsiadami – wspomina. – Bywało, że wtedy bałem się wychodzić po zmroku z domu.
Swoje talenty najlepiej potrafił jednak pożytkować po upadku PRL. Otworzył najlepszy w okolicy sklep, stworzył grupę producencką kilkudziesięciu okolicznych rolników. Został wybrany na radnego powiatowego. Teraz otworzył pierwsze w województwie pole golfowe.
- Do tej pory wszystko mu się udawało: dom, sklep, gospodarka, ale teraz to chyba przesadził – komentują ostatnią inwestycję sołtysa mężczyźni zebrani pod konkurencyjnym sklepem w Olszewce. – Kto tu mu na takie zadupie przyjedzie, bo z naszych to tam pewnie nikt nie pójdzie. Jeszcze nigdzie nie słyszałem, żeby kto grał w golfa na wsi.

Partyjka z sołtysem

- Trochę to trzeba będzie powiększyć – mówi sołtys, przechadzając się między dołkami. – Dwa hektary to mało. Ale już mam zgodę na dzierżawę poletka od sąsiada. Obok szkoła ma kawałek ziemi, której nie używa chyba od 20 lat. Jakbym to wszystko uporządkował, to będzie w sumie około czterech hektarów. To już przyzwoity teren, zmieści się na nim dziewięć dołków. Na takim polu można by rozgrywać już w pełni profesjonalne zawody.
W całej Polsce działa do tej pory zaledwie kilkanaście miejsc do gry w golfa. Miłośnicy tego sportu z województwa kujawsko-pomorskiego zmuszeni byli jeździć na pola pod Poznań lub Szczecin.
- Nie mogłem wyjść ze zdumienia, gdy robiłem niedawno interesy w Bydgoszczy i mój partner powiedział mi, żebym tylko nie zapomniał kijów – mówi Andrzej Kaliński, jeden z szefów Polskiego Związku Golfa. – Nic mi nie powiedział o Olszewce, a ja nic o niej przedtem nie słyszałem. Byłem niesamowicie zaskoczony. A samo pole? Jest świetne i ma perspektywy. Znakomita trawa. Przyda się drobna kosmetyka, ale to szczegóły.
Sława pola pod Nakłem szybko rozeszła się w światku golfistów. – To dla mnie rewelacyjna sprawa – mówił w czasie swojej pierwszej wizyty w Olszewce satyryk Tadeusz Drozda. – Często jeżdżę trasą z Warszawy, gdzie mieszkam, do Szczecina, gdzie nagrywam program „Śmiechu warte”. Olszewka leży akurat w połowie drogi. Świetne miejsce, żeby rozprostować kości i zjeść jakiś szaszłyczek.
- Gratuluję sołtysowi i gorąco mu kibicuję – mówił inny znany entuzjasta golfa, aktor Piotr Machalica na łamach „Super Expressu”. – Obiecuję, że jak tylko będę w okolicach Nakła, odnajdę wieś i namówię sołtysa na partyjkę.
Informacje o Olszewce docierają także przez internet za pośrednictwem przygotowanej przez syna sołtysa Łukasza strony: www.golf.olszewka.prv.pl – Co za wspaniały pomysł, sołtysowi należy się medal – pisze Aleksander z Grand Bend w Ontario w Kanadzie. – Najwyższy czas, żeby Polacy żyli tak jak ludzie na West. Ja gram w golfa, mam 73 lat, i myślę że to jest najlepszy sport na świecie. Wielka szkoda, że Olszewka jest tak daleko, bo już jutro bym was odwiedził.
Każdy z doświadczonych golfistów, którzy już odwiedzili pole pod Nakłem, radzi, co trzeba tu jeszcze poprawić. – Tu już nie chodzi o same dołki, czy trawę – opowiada o tym Horodecki. – Wiem, że będę musiał rozbudować infrastrukturę. Niezbędny jest budynek, w którym zmieści się klub golfowy, kawiarnia, szatnia i miejsce, gdzie miło spędzą czas nie grające żony i dzieci. Będę musiał zatrudnić kogoś, kto będzie dbał o samo pole. Na razie interes zwietrzyli tu tylko chłopcy sąsiada, którzy kręcą się wokół gości. Noszą im kije, szukają piłek.
Adrian, uczeń podstawówki, pojawia się także koło nas, gdy tylko weszliśmy na pole. – Czy mogę się do czegoś przydać – zagaduje nieśmiało.

05
25

Z prasowego archiwum cz. 3

Posted by Łukasz Horodecki

Drugiego czerwca 2001 „Super Express” poświęcił nam dużo miejsca. Autorem tekstu jest Grzegorz Dudziński:

Na partyjkę golfa do sołtysa Telesfora

Rolnicy z Olszewki (Kujawsko – Pomorskie) patrzyli z niedowierzaniem, kiedy ich sołtys zaorał pole i zamiast zboża zasiał na nim trawę. A gdy zaczął biegać po tej trawie z kijkiem za piłeczką – znacząco pukali się w głowy. Dziś mówią: zwietrzył chłop niezły interes, a wieś na tym tylko skorzysta.
W niewielkiej Olszewce pod Nakłem – wszystkiego 602 mieszkańców w 70 domach – nie ma chyba człowieka, który nie słyszałby przynajmniej o grze w golfa. Oglądali nawet rozgrywki. Nie na zachodnich filmach o życiu wyższych sfer, tylko na polu – u sołtysa Telesfora Horodeckiego.

Golf dla wnuczki

- Mnie to sołtys nawet pokazywał, jak uderzać w taką piłeczkę. Wcale nie tak łatwo. Piłeczka ciężka jak diabli, a ja mam ręce bardziej do kielni niż takiego kijka – śmieje się miejscowy murarz, popijający piwko pod sklepem.
Staruszka na rowerze też wie, co to golf. Właśnie dzierga na drutach taki dla wnuczki. Tłumaczymy, że nie chodzi nam o sweter, tylko o sołtysowe pole.
- Też tam golfy! Stare chłopy ganiają po polu i to ma być coś?! Tyle ziemi na zmarnowanie, dobrej klasy ziemi! – macha ręką kobieta i zdenerwowana odjeżdża.
Edward Chwiłka, rolnik starej daty, podglądał, jak sołtys kijkiem wywija. Sam, jak twierdzi, na golfie się nie zna.
- Za Niemca to grałem nieźle w palanta albo w klepacza. Albo jeszcze w barana się z chłopakami grało na polu. Ale na naukę nowego chyba za późno. Może niech młode tego golfa próbują – kiwa głową pan Edward. Tłumaczy zasady swoich ulubionych gier. Palant to właściwie taki polski baseball, a klepacz – no właśnie – to prawie golf! Tylko w klepaczu kije były zwykłe, drewniane, a piłeczka to taka kluska wystrugana z drewna!
- Na pewno przyjdę kibicować, jak sołtys urządzi jakieś turnieje. Bo pewnie urządzi. Przyjadą do naszej Olszewki bogaci biznesmeni i coś się będzie działo – uważa Chwiłka.
Rozmawiamy w centrum Olszewki, przed małym sklepikiem (we wsi są dwa). Obok plastikowa zjeżdżalnia i huśtawki dla dzieci. Jak w mieście przed lepszymi supermarketami. Tu, w Olszewce, też honorują niemal wszystkie karty kredytowe. Obok pub z ogródkiem. Wszystko to należy do Horodeckich.

Szlachcic w golfie

Telesfor Horodecki: średniego wzrostu, barczysty, lekko łysiejący. Często się uśmiecha. Widać, że jest dumny z tego, co już zrobił w Olszewce. Sołtysuje tu od 28 lat.
- Powtarzam moim rolnikom, że nie możemy bać się Unii Europejskiej, musimy się do niej przygotować. Z sondaży widać, że ludzie z miasta chcą do Unii. My na wsiach blokadami tego nie zmienimy – tłumaczy.
Z kolegami rolnikami założyli stowarzyszenie marketingowe rolników indywidualnych. Po co? Ot, wspólnie szukają klientów, sprzedają im większe partie towaru, mogą negocjować ceny, do spółki opłacać transport. Opłaca się.
Horodecki przyjechał do Olszewki w 1946 roku jako 9-miesięczny berbeć. Jego rodzice – zubożała szlachta spod Wilna – musieli zostawić swój majątek na dzisiejszej Białorusi. Pan Telesfor nie wierzy w jego odzyskanie, przynajmniej nie za rządów Łukaszenki. Wierzy we własne ręce. Zaczął od zera i chce całkiem zmienić rzeczywistość pegeerowskiej Olszewki.
- Na wsi też można żyć na odpowiednim poziomie, jak w mieście. Wystarczy chcieć i znaleźć w sobie energię… – wybucha śmiechem.
Wiele lat temu założył wiejski klub sportowy. Robił kabaret. Pisał też artykuły w lokalnej prasie. Sporo jeździł po świecie, podglądał jak żyją inni. Stąd też mu się ten golf wziął, z jeżdżenia po świecie. Pięć lat temu pojechał z żoną i szwagrem nad morze. Tam było pole golfowe.
- Od razu mnie wzięło. Żona szła na plażę, a ja ze szwagrem na piłki – opowiada sołtys Horodecki.
Rok później znowu wczasy ze szwagrem w tym samym miejscu. Myśleli, że tym razem zagrają lepiej. Okazało się, że niemal wszystko zapomnieli i musieli uczyć się na nowo. Wtedy Telesfor Horodecki postanowił: zrobię u siebie poletko do ćwiczeń.

Wpadł jak piłka w dołek

Sąsiedzi sołtysa, Ewa i Zdzisław Petrich, ze śmiechem wspominają początki golfa w Olszewce. Horodecki zlikwidował nieopłacalną hodowlę owiec i zaorał pastwisko. Jeździł traktorem w tę i z powrotem, wykopywał krzaki, rowy melioracyjne pogłębiał i robił z nich przeszkody dla piłeczek.
- Telesfor to poważny człowiek, a tu takie coś! Wszyscy uznali, że chłopu coś odbiło! Golf? Gdzie, u nas, w Olszewce?! – wspomina Ewa Petrich.
A wójt robił swoje. Sprowadził specjalną mieszankę wolno rosnących traw, obsiał kawał pola. Kupił mały traktorek do koszenia. Wysypał drobny piach przed jednym z dołków – to kolejne po rowie melioracyjnym utrudnienie dla gracza.
- Jeździłem po rady do właścicieli istniejących już pól golfowych. I tak, stopniowo małe poletko stawało się coraz większe – wspomina sołtys. Dziś na dwóch hektarach ma cztery „dołki”. Niedługo dojdą kolejne dwa. Już upatrzył sobie na golfa kolejny kawałek swojego 20-hektarowego pola. Zaorze. Co dalej?
- Dojdę do dziewięciu dołków. I chcę jeszcze zrobić tu korty tenisowe. Tam, gdzie teraz rośnie rzepak – pokazuje sołtys Horodecki.
Cieszy się – coraz więcej sąsiadów przekonuje się do tego sportu. Mieszkający w okolicy policjant chce tu się uczyć. Syn sąsiadów, który przychodzi pomagać przy pielęgnacji pola, też gra. Swoje kije ma również siostrzeniec sołtysa, Marcin Łabentowicz. – To wspaniały relaks. Pomagam wujkowi i gram, jak tylko można – zapewnia młodzieniec.
Sołtys spędza na polu każdą wolną chwilę, niezależnie od pogody. Tam uspokaja się po największej nawet kłótni z żoną. Ma nadzieję, że zarazi swoją pasją wielu mieszkańców wioski. Może stworzy tu klub golfowy?
- Mam trzy komplety kijków golfowych i duży dom. Jakby co – każdy może przyjechać i pograć. W miarę swoich umiejętności mogę poduczyć. Ale gry w golfa trzeba uczyć się całe życie – mówi z powagą sołtys.

Nieoczekiwana wizytacja

Naszą rozmowę przerywa podjeżdżający pod dom sołtysa zachodni samochód. Wysiada z niego… Andrzej Kaliński, sam szef Polskiego Związku Golfa we własnej osobie. Horodecki blednie. Jest zdenerwowany i przejęty.
- Trawy nie przycinałem kilka dni, bo padało – tłumaczy sołtys.
Naczelny golfiarz kraju przyjechał w interesach do Bydgoszczy. Tam znajomy biznesmen zapowiedział, że ma dla niego niespodziankę. Miał tylko zabrać kije.
- Nic mi nie powiedział o Olszewce – zapewnia Kaliński.
Sołtys biegnie przebrać się w strój do golfa. Szykuje się rozgrywka. Zamach i… piłka Kalińskiego ląduje kilkadziesiąt metrów dalej, niedaleko tzw. green (koło wokół dołka). Sołtys ze zdenerwowania strzela w nieco innym kierunku. Uspokaja się po kolejnych uderzeniach. Mężczyźni i rosnący tłumek kibiców powoli obchodzą pole. Padają fachowe uwagi: jak trzymać kij, jak uderzać, aby tylko „pogłaskać trawę”. Emocje. Nikt nie patrzy na zegarek.
- Świetne pole, ma perspektywy. Znakomita trawa. Przydałaby się drobna kosmetyka, ale to drobiazgi – komentuje Andrzej Kaliński.

Cała wieś skorzysta

Sołtys Horodecki jest uszczęśliwiony. Taka opinia fachowca to dla niego najlepsza wizytówka. Jest pewien – teraz pomysł z golfem wypali na 100 procent!
cała wieś skorzysta. Przecież każdy z przyjezdnych musi gdzieś mieszkać, coś jeść. A sam też chętnie powywijam kijkiem na polu – twierdzi 44-letni Zdzisław Petrich. Cieszy się, że młodzi z Olszewki znajdą nowe zajęcie. Zawsze to lepsze niż wystawanie pod budką z piwem. We wsi nie ma ani kina, ani domu kultury.
Syn sołtysa, Łukasz, stworzył stronę internetową o golfie w Olszewce: http://golf.olszewka.prv.pl/
Można się z niej dowiedzieć m.in., że za cały dzień gry na jego polu trzeba zapłacić jedynie 20 zł, a wypożyczenie sprzętu kosztuje 10 zł.

05
24

Z prasowego archiwum cz. 2

Posted by Łukasz Horodecki

28 maja 2001 dłuższy tekst o naszym polu autorstwa Grzegorza Kończewskiego pojawił się w „Expressie Bydgoskim”:

Golf urósł na polu

Sołtys podnakielskiej wsi Olszewka jest pasjonatem gry w golfa i chce utrzymywać się nie tylko z uprawy ziemi

- Na początku sąsiedzi patrzyli na mnie jak na dziwaka. Trudno się dziwić – chodzi taki chłop po polu i macha kijem. Teraz mówią, że sołtys zwietrzył interes – Telesfor Horodecki, rolnik z Olszewki koło Nakła, od kilku lat pasjonuje się grą w golfa i wcale nie ukrywa, że myśli o poważnym biznesie. Na razie zainwestował sporo pieniędzy i część ziemi, na której jeszcze niedawno rósł rzepak, zmienił w pole golfowe. Wkrótce powstanie tu klub z prawdziwego zdarzenia, ale nim to nastąpi, sołtys Horodecki udostępnia swoje pole za darmo. Początkującym gwarantuje nawet bezpłatny instruktaż.
Telesfor Horodecki już ponad 30 lat gospodarzy na 20 hektarach ziemi, którą odziedziczył po rodzicach. Jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl mu nie przeszło, że swoje życie na trwałe zwiąże z golfem. Za PRL-u był to sport dla Polaków zupełnie nieznany, czasami tylko telewizja pokazywała krótkie migawki z różnych turniejów. O wszystkim zdecydował przypadek. Przed pięcioma laty szwagier Horodeckiego pojechał na wczasy nad Morze Bałtyckie i trafił na pole golfowe w Łukęcinie koło Rewala.

Proste zasady

- Zadzwonił do mnie i w weekend pojechałem go odwiedzić – wspomina Telesfor Horodecki. – Całe dwa dni spędziliśmy z kijami w garściach. I natychmiast zaraziliśmy się tym sportem. Było oczywiste, że następne wakacje spędzimy nad morzem. Żony i dzieci maszerowały na plażę, a my ze szwagrem – na pole golfowe.
Już w następnym sezonie okazało się, że golf nie lubi tak długich przerw. Naukę trzeba było niemal rozpoczynać od początku. Ręka najwyraźniej odzwyczajała się od kija, uderzenia nie były precyzyjne. Sprawdzało się powiedzenie powtarzane przez starych wyjadaczy – „gra w golfa jest bardzo prosta, ale nie jest łatwa”. Tak naprawdę proste są tylko zasady – chodzi przecież o to, by trafić piłeczką w dołek, wykonując przy tym jak najmniej uderzeń kijem. Samorodne talenty zdarzają się niezmiernie rzadko. W grze w golfa, jak w każdej innej dyscyplinie sportu, żeby być dobrym, trzeba dużo trenować.
- Akurat likwidowałem stado owiec, bo hodowla przestała się opłacać. Pomyślałem wtedy, że pastwisko przy zabudowaniach gospodarczych zmienię w takie najprostsze pole golfowe. Chodziło wyłącznie o to, byśmy ze szwagrem mieli gdzie pomachać kijami – Telesfor Horodecki przyznaje, że część sąsiadów nie mogła pojąć, jak można na taki cel przeznaczać bardzo dobrą ziemię. – Było w tym trochę racji, ale nas już wtedy gra w golfa pochłonęła całkowicie.

Konsultacje i wydatki

Można było urządzenie pola zlecić profesjonalnej firmie, która zajęłaby się wszystkim, najdrobniejszymi detalami. Wtedy jednak trzeba by się liczyć również z naprawdę poważnymi wydatkami. Telesfor Horodecki zaczął sam zgłębiać tajniki tej sztuki. Rozmawiał z ludźmi budującymi pole golfowe w Binowie koło Szczecina, konsultował się z osobami odpowiedzialnymi za utrzymanie pól golfowych (greenkeeperami) w Postołowie niedaleko Gdańska i Kołczewie pod Międzyzdrojami. Wtedy zrozumiał, jak bardzo skomplikowane jest to przedsięwzięcie. Ważne jest choćby odpowiednie usytuowanie tzw. bunkrów, specjalnych dołów wypełnionych piaskiem, które bronią dostępu do dołka i stanowią dodatkowe utrudnienie dla graczy. Trzeba też uwzględnić różne ukształtowanie terenu, miejsca na zbiorniki wodne i drzewa.
Mnóstwo problemów wiązało się z samą trawą – sprowadzeniem odpowiednich mieszanek traw niskich i wolno rosnących. Taki właśnie gatunek musi być wysiany na tzw. greenie, terenie wokół dołka. Zbyt wysokie źdźbła mogłyby zmienić tor piłki i tym samym zepsuć całą frajdę wynikającą z gry. Pole golfowe powinno też mieć system nawadniania i odprowadzania nadmiaru wody. Trawa musi być też regularnie przycinana, nawożona i pielęgnowana. To zaś wiąże się z zakupem specjalistycznego sprzętu i poświęcaniem całej zabawie mnóstwa czasu.

Chętnych nie brakuje

- Na początku tak się rozpędziłem, że zastanawiałem się, czy nie iść za ciosem i na pole golfowe nie przeznaczyć nawet 10 hektarów – dodaje Telesfor Horodecki. – Odpuściłem, gdy zorientowałem się, jak duże koszty wchodzą w rachubę. Na przykład stuhektarowe, w pełni profesjonalne pole, to wydatek rzędu 10 milionów złotych, do których trzeba jeszcze doliczyć niemałe koszty utrzymania. Zostałem więc przy wersji pierwotnej – pół hektara pola, na którym moglibyśmy ze szwagrem swobodnie trenować.
W ubiegłym roku pole było już gotowe. Sołtys z Olszewki przyznaje, że spędzał na nim niemal każdą wolną chwilę – czasami wychodził nawet na 15 minut, by się zrelaksować. Wieść o nietypowym obiekcie sportowym błyskawicznie rozeszła się po okolicy. Co jakiś czas zgłaszali się chętni, którzy chcieliby popróbować sił w tej mało znanej dyscyplinie. To utwierdziło Telesfora Horodeckiego w przekonaniu, że pole trzeba powiększyć, rozreklamować i na nim zarabiać. Poświęcił kolejny kawał ziemi, na której jeszcze niedawno uprawiał rzepak. Dziś pole ma 1,5 hektara i znajdują się na nim cztery dołki. Docelowo ma ich być sześć.
- Po niedawnym uroczystym otwarciu urywają się telefony – rolnik bije się w pierś, że nie spodziewał się tak dużego zainteresowania. – Dzwonią głównie mieszkańcy Bydgoszczy. Pytają, kiedy mogliby przyjechać i ile ta przyjemność kosztuje. Muszę teraz zdecydować, czy stworzyć gospodarstwo agroturystyczne z dodatkową atrakcją w postaci pola golfowego, czy też prawdziwy klub golfowy. Wiele wskazuje na to, że wybiorę raczej to drugie rozwiązanie, a w przyszłości może wybuduję jeszcze kort tenisowy i urządzę stadninę koni. Nasza wieś to idealne miejsce na aktywny wypoczynek.